RSS
środa, 02 października 2013

Nie warto być ponurakiem i chodzić z nosem zwieszonym na kwintę. Specjaliści wskazują na fakt, że osoby optymistycznie patrzące na świat mają niższe ciśnienie, lepiej znoszą codzienne stresy i rzadziej mają zawał. Pogoda ducha pomaga nam żyć dłużej i cieszyć się każdą chwilą.


Nie zawsze jednak mamy powody do dobrego samopoczucia. Czasem wstaniemy lewą nogą, czasem pogoda na zewnątrz jest tak paskudna, że nie chce nam się nic. Jak wprawić się w dobry nastrój? Jak poprawić sobie humor?

Wielu kawoszy dodaje do porannej kawy cynamon – dobrze wszystkim znany afrodyzjak :). Cynamon pięknie pachnie, ale nie jest to jedyna jego zaleta. Cynamon poprawia nam nastrój. Badania dowiodły, że cynamon zawiera mangan, żelazo, błonnik i inne mikroelementy. Obniża zły cholesterol, poprawia funkcje poznawcze i pamięć. Jego działanie (i działanie kawy) możemy wspomóc kostką gorzkiej czekolady, która bardzo poprawia nastrój. Również warzywa, owoce i orzechy zawierają witaminy i substancje poprawiające naszą witalność. Niech nimi ratują się miłośnicy picia herbaty ;). Herbata zielona znana jest z tego, że wpływa dobrze na nastrój. Yerba mate również.


Warto być życzliwym, bo dobro do nas wraca. Dlatego w pracy, szkole czy na uczelni lepiej skupić się na pozytywach, niż szukać dziury w całym i jeszcze bardziej się dołować. „Dzień dobry” powiedziane z uśmiechem może do nas wrócić w postaci miłego słowa od kogoś znajomego lub nieznajomego.


Dobrymi sposobami na poprawę nastroju są wizyty w kinie, teatrze, operze lub filharmonii (w zależności od tego, co kto lubi). Jeśli czujemy, że potrzebujemy mocniejszego „kopa”, wybierzmy się na koncert rockowy albo obejrzyjmy występ ulubionego artysty w domu, na youtube. Romantyczna komedia też nam nie zaszkodzi :)

Życzmy sobie samych pogodnych dni :-)))

16:51, tolla46
Link Komentarze (1) »
czwartek, 19 września 2013

Widzieliście fotkę burmistrza Londynu z krokodylem? Burmistrz Londynu przebywał chyba na wakacjach w Australii. W tym czasie w Wielkiej Brytanii przyszedł na świat mały książę George (czyli Jerzy) – syn księżnej Kate i księcia Williama. Oczywiście cała Anglia od razu oszalała – a pół świata razem z nią. W każdym razie media na pewno dostały kota na punkcie Royal Baby. Największe portale na pierwszym miejscu informowały o tym, jakie imiona nadano księciu, jak wyglądała Kate, jak sobie radził książę William z bobasem na rękach...

W Australii też oszaleli na punkcie królewskiego oseska – dostał on w prezencie... krokodyla. Na szczęście tylko symbolicznie, bo nie wiem, co mały książę Jerzy by robił z takim krokodylem.

Symboliczny prezent wykluł się w Parku Crocosaurus Cove w australijskim mieście Darwin. Park nadał mu imię George, na cześć małego księcia. Do symbolicznego „odbioru” prezentu zgłosił się właśnie burmistrz Londynu. Krokodyl George miał zawiązaną paszczę, kiedy burmistrz zbliżył się do niego, by złożyć na krokodylich ustach swój czuły całus :-D

Australijczycy mają nadzieję, że mały książę George przybędzie wkrótce osobiście do wspomnianego parku, by wraz z rodzicami obejrzeć swego imiennika. Burmistrz Londynu Boris Johnson uznał, że taka podróż jest wskazana, gdyż książę William, Kate i mały George będą mogli spotkać się z krokodylem Jerzym, "zanim zostanie przerobiony na torebkę, czy coś innego" – to cytat z całuśnego Borisa :-D

Media nie wspominają, jak czuły pocałunek burmistrza Londynu wpłynął na kondycję psychiczną krokodyla Jerzego. A jeśli George za burmistrzem Londynu tęskni?? ;-))

 



16:05, tolla46
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 września 2013

Każdego roku o tej samej porze w miasteczku Bunol w Hiszpanii dochodzi do wielkiej bitwy. Zaprawieni w bojach, waleczni Hiszpanie – oraz przybysze z różnych zakątków świata – od wczesnego poranka przygotowują się do ostatecznego starcia, które rozgrywa się na ulicach miasteczka. Bitwa to na śmierć i życie. Już w jej trakcie ulice zbryzgane są cieczą o kolorze nieco innym niż krwisty szkarłat, ale doprawdy nikomu to nie przeszkadza. Dlaczego? Bo ta bitwa to Tomatina – bitwa na pomidory.


Ostatnią środę sierpnia warto zarezerwować sobie, by wybrać się do Bunol, które leży w prowincji Walencja. Dzieją się tam iście dantejskie sceny. Dorośli ludzie taplają się w pomidorowym sosie jak jakieś dzikusy. Wszystko zaczyna się o godzinie 10 rano od tego, że jeden ze śmiałków wspina się na... nasmarowany mydłem słup (!!!), na szczycie którego znajduje się szynka. Zgromadzeni wokół śmiałkowie starają się tę szynkę ze słupa strącić. Gdy któremuś to się uda, towarzyszy temu... wystrzał armatni. To sygnał do rozpoczęcia bitwy na pomidory. Z ciężarówek zrzucane są tony pomidorów. Lądują na ulicach, a dziki tłum obrzuca się warzywem, ile wlezie, ile kto sił ma w rękach..


Co w tym czasie dzieje się z szynką i słupem nasmarowanym mydłem – nie wiadomo. Co ma szynka do słupa oraz pomidorów – też nikt nie wie.

Dzika bitwa trwa godzinę. Podczas niej uczestnicy na ogół tracą odzienie wierzchnie. Kto ma szczęście, zostaje w samych gatkach ;-)).


Kolejny wystrzał armatni jest sygnałem do zakończenia bitwy. Śmiałkowie idą pod prysznic lub są polewani wężami ogrodowymi przez życzliwą ludność miasteczka, a służby miejskie biorą się za oczyszczanie miasta.

Co roku w tym szaleństwie bierze udział ponad 30 tysięcy osób. I kilka ton pomidorów :))

17:09, tolla46
Link Dodaj komentarz »